martainmalaysia

martainmalaysia to dwa lata mojego cennego zycia w kraju-raju. wszystkich zainteresowanych zapraszam-na blog i do malezjii!!

piątek, marca 31, 2006

good news i i inne

Przede wszytskim-Kasia urodzila dziwczynke!! Patrycje!! Gratulacje!! (Kasia Zuchowicz jest moja koleznka z pierwszego liceum.) Co sie dziewczyna wycierpiala w szpitalu-musiala odlezec 10 tygodni, zeby kolezanka Patrycja mogla sobie ot tak przyjsc, prawda, na swiat. Some people...
Next. Dzieki tutejszemu klimatowi grzywka zaczela sie krecic, wiec nie jest tak zle jak pierwszego dnia-efekt nie jest tak szokujacy, jak mogloby sie wydawac. Zdjecia nie mam i nie przesle.
Next. Peciek, nie kituj, ze nie dasz rady, bo jak nie jak tak.
Next. Nie bedzie dzisiaj zdjec, bo mi komputer domowy nie wczytal zdjec na pendrajwa, chociaz mowil, ze wczytal. I dupa. Next week. Promise.
Next. Pavian, jaki Ty jestes odkrywczy-widzisz, ja zawsze bylam taka naiwna panienka, co sie nie domysla, ze goscik sie w niej buja. A to Ci!
Poza tym, to caly czas sie dowiaduje, ze dziewczyny w ciazy-5 naliczylam. W pracy, to juz nie mowie, bo co druga sie spodziewa. Niestety tutaj daja tylko 2 miesiace urlopu, wiec niewiele na tym skorzystam, bo na wakacje urodze. Ale dalam. Nic to, damy rade.
Dla tych, co by chcieli sobie ze mna pogadac przez skajpa, to na razie odpada. Bylismy wczoraj w biurze TM i sie dowiedzielismy, ze w naszym malutkim domku nie ma numeru telefonu. Wiec najpierw czeka nas procedura przydzielenia nam namberu, a potem dopieru zalozenia internetu. Nie wiem ile moga potrwac tutejsze procedury, wiec...
Cieszcie sie likendem i do uslyszenia i zobaczenia moich zdjec w przyszlym tyg.

czwartek, marca 30, 2006

niusy z ostatniej chwili

Stif mi wczoraj podcial grzywke. Dobrze, ze jestesmy tak daleko i zobaczycie mnie juz w normalnym stanie. Taki mam sterczacy grzyw na czubku glowy, jak jakis punk, a pozostale wlosy sa juz pol-dlugie. Nie, moze sie obedzie bez porownan do czeskiego pilkarza, prosze!!!
Chcial chlopak dobrze, a ze mine mial przy podcinaniu jak profeslonalny fryzjer i sie nawet marszczyl i wszystkie takie mial przeslanki utwierdzajace mnie, ze jest ok, to stracilam czujnosc. Jak mowia moi studenci 'You can't judge the book by its cover'. Nauczyli sie i powtarzaja przy kazdej nadarzajacej sie i nie- okazji. Tu akurat trafili!!
Oh, dear. Oto nius dnia. Smutne to troche, bo, jak mozecie wywnioskowac z powyzszego, niewiele sie u nas dzieje, wiec taka grzywka, to naprawde hit!
Zdjecia nie mam i nie przesle.
Mamy tu sytuacje, jak mowia Amerykanie. Mianowicie, pan szanowny Guru Besar, czyli dyrektor, kazal mi zamykac moja sale, tzw. English Room, na klucz na koniec dnia, czyli o 4.15 i na weekendy. To nie ma sensu, gdyz materialy, ktore tam dla studentow zgromadzilam - czasopisma, krotkie opowiadania, ksiazki, gry, puzzle, zadania, zeby sie po angielsku bawili i relaxowali - maja byc przez nich uzywane w ich wolnych chwilach. A wolne chwile maja po 4.15, wieczorami i w weekendy. (To jest szkola z internatem, wiec nie wszyscy wracaja do domu na weekend. Niektorzy rodzice sa okrutni, dzieciaki placza.) Tak wiec, jest konflikt. On sie boi, ze oni beda tam robic rozne, jak sie wyrazil, 'bad things' i zapodal usmieszek. Ze niby ja mialabym zgadnac co on mial na mysli. Ale nie zgadlam. I nie zapytalam, bo oni sa tutaj tacy bardzo niedoslowni. Bardzo czesto o czyms mowia, ale nie mowiac, to i ja za nimi. Bo przeciez nie sex? Narkotyki, fajki? Jak chca to beda i gdzie indziej to robic, a jak ja zamkne sale, to caly moj wysilek w leb wezmie. Takze sytuacja po calaku. Na razie nie zamykam. Moze mnie wywali, albo skarge napisze do fundacji. Ale by bylo!! Bede jeszcze z nim gadac w przyszlym tygodniu.
Przyszedl MMZ. Ide home.
Pa.

druga czesc wyprawy

Po kilku dniach w gorach postanowilismy sie odswierzyc jeszcze bardziej. Dla odmiany w wodzie. Czyli stara bajka-wyspa. Ale juz nie Langkawii, o nie. Rzucilo nas na wschodnie wybrzeze, a jak zapewne wszyscy juz wiedza (miedzy innymi z konkursu z lutego) L. sasiaduje z naszym stanem, czyli miesci sie na wybrzezu przeciwleglym.
Tym razem padlo na Pulau Parhentian, czyli Wyspe Parhentian, czyli raj dla snorklingowcow. Nie wiem jak przetlumaczyc 'snorkling', wiec wybaczcie. Ja oczywiscie nie wzielam ze soba mojego niezawodnego zestawu do uprawiania tegoz sportu, wiec musialam sie slinic w jakas wypozyczona fajke. (Tak jak zwykle oczekuje komentarzy od moich wiernych czytelnikow, tak tutaj niekoniecznie. Dziekuje.) Ale zaczelo sie od podrozy autostrada o wdziecznej nazwie Blue Valley, czyli 3 pasmowej drodze rzece, wijacej sie posrod olbrzymich skal, miedzy ktorymi rozposcieraly sie glebiny dzungli. Taki troche przerazajacy widok swoim rozmiarem i surowoscia, ale czad. I tak ze 2 godziny, a potem przedzierajac sie przez straszne drogi i drozki wsi malezyjskich do wybrzeza, w taksowke wodna, ktora dystans, ktory przemierza prom od nas do L. w 50 minut, 'przeleciala' w 15. A kierowca gadal przez komore i patrzyl sie w bok i w ogole sobie nic z tego nie robil, ze wszyscy podskakiwali na falach i walili tylkami w drewniane siedzenia (bez poduszek!) i mogli zwymiotowac i powypadac w ogole. Ja nie wiem.....
Ale wdzieczna mu bylam, jak nas przytransportowal do pieknej malej zatoczki z czterema tylko resortami, ktore sie tylko tak chucznie nazywaja, ale sa po prostu szaletami. I tu sugeruje konkurs, bo slowo 'szalet' nie jest tym, czym sie wszystkim wydaje. Ha! No i, oczywiscie jak to zwykle bywa z konkursami, nie wiadomo kto wygra i bedzie to dla wszystkich wielka nieoczekiwana!! (Dawaj Peciek!!)
Ale, do adremu, jak to podobno mowiono na zebraniach partyjnych w PRL-u. Jestesmy na wyspie, ktora jest cala porosnieta dzungla. Wiec czesc uzytkowa, to tylko wybrzeze, czyli ta zatoczka. Pracownicy resortow dojezdzaja codziennie z ladu. Taksowka. Wodna. W dzungli jest jedna trasa, ale to zadna trasa. Dla nas, w kazdym razie. Wiec sie siedzi na plazy, w restauracji w glownym lobby (wszystko otwarte, nie ma scian-cool!) i sie snorklinguje. Po prostu. Pierwszego dnia, jak te glupie turysty, wzielismy cos po tajemnicza 'snorkling tour'. Ryzyk-fizyk. No i jednak okazal sie ten pierwszy, bo chlopaki zabrali nas gdzies w huk na otwarte morze (the South China Sea - tu jestesmy), gdzie sa niby ladne rafy koralowe i rybki, ale zapomnieli pletw i kazali zalozyc kapoki. 'Dzizus, przeciez tak, to my sie nigdy nie dogadamy. Snorkling bez pletw i w kapoku? A slyszales kiedys o nurkowaniu?', my do niego, a on sorry, Madam, sorry, Sir, ale takie mamy wytyczne od hotelu. No wiec czas stracony, ale mielismy chociaz nauczke, zeby nie byc turystami juz NIGDY wiecej.
Next day, wypozyczylismy pelny ekwipunek, kajak i kita na snorkling!! Bylo super. Tylko ja i MMZ. Zapodalismy dookola wyspy, znalezlismy zaciszna zatoczke, taka na dwa, no moze trzy kajaki i sie tam umoscilismy. Szybki relax i do wody. Jakby sie ktos wybieral, to trzeba miec koszulke i szorty na sobie, bo slonce na maxa pali jak sie jest tuz pod woda. (Ale za to teraz mamy nowa skorke na pleckach i tyleczkach.)
Widoki- niesamowite!! Ryby takie oceaniczne na maxa. Nie mam zdjec rybek, bo nie mam takiego hi-tech sprzetu, ale sa w kazdym super albumie o rybkach tropikalnych, jestem pewna. Takie mieniace sie w kolorach teczy i cale zgraje malych zoltych w czarne paski (Czujecie klimat, nie? Nemo!!), ktore bardzo chcialy plynac z nami, wiec one niby prowadzily, ale jak sie zwrocilismy w innym kierunku, to one za nami. Niezla przygoda!! I takie byly, jak karp, tylko boczne pletwy mialy do gory, a nie w bok i czerwone. Te pletwy, a cala ryba szara. Ladne. No i rafy koralowe porosniete miniaturowymi kwiatuszkami w bardzo intensywnych kolorach, jak niebieski, zolty i czerwony i jak sie chcialo dotknac, to sie natychmiast zamykaly i udawaly, ze sa szara rafa, czyli kameleony, czy jak... A i uwaga na te rafy, bo wygladaja, jak wszyscy wiedza, jak miekkie rosliny, albo gabki czasami, a sa piekielnie ostro zakonczonymi skalami! Poranilam sie, ze cha! I nie wiedzialam, ze sa takie wysokie. Jak sie plynie to sie je widzi z gory, rzecz jasna, ale widac, ze pomiedzy nimi sa takie przepascie glebin, wiec one moga miec tak ze dwa pietra wysokosci nawet. Fajny taki 3D wymiar.
Jak wrocilismy, pan nam pokazal taka ksiazeczke o miejscowych rybkach i my jak dzieci podniecone sobie te rybki, co je spotkalismy w naszej powodnej przygodzie, pokazywalismy. Patetyczne, naprawde.
No i tak nam czas nieublaganie, ale fantastycznie plynal. Moglismy wracac w niedziele, bo po co wczesniej, ale nie. MMZ musial sie przygotowac do poniedzialku, wiec czar podwodnej przygody musial prysnac dzien wczesniej. Ale cztery dni, to jest akurat, bo raczej trudno byloby tam wytrzymac dluzej, mysle. Ile mozna siedziec w wodzie i zatoczce.
Droga powrotna tez byla niezla, bo trzeba bylo wjechac serpentynami na gore, juz nie tak stromo i przerazajaco jak w Cameron Highlands, ale zawsze. Dla dziewczyny z nizin (ja), to zawsze cos.
Nie mam za soba zdjec. Przyniose jutro, to i przesle. Pzdr.

odpowiedz dla justyny

Z braku mozliwosci na yahoo-cos sie im tam skopcilo i nie chce replajowac-wysylam negatywna odpowiedz w zwiazku z 'work for red'. Na tyle, co sie Stiwek zna na angielskim, to nie ma takiego wyrazenia, ale nie twierdzi on zarazem, ze takowe nie istnieje. Nie smiej sie wiec glosno ze swojego szefa, bo moze gdzies zaslyszal chlopak (np. w poludniowym Soho), a moj maz jest a innych okolic.
Tyle na teraz, lece do studentow, bo pewnie mnie juz wypatruja cali w stresie, ze nie nadchodze i moze, co gorsza, juz nie nadejde. Nie moge im tego zrobic, taki stres i ... Ide. Pa.

sobota, marca 25, 2006

'smierc w oczach', herbata, dzungla, truskawki, insekty

Tydzien mi wypadl z grafiku-bardzo sorki. Zalozona jestem robota, ktora sama sobie wymyslam. Czy to jest normalne? W zwiazku z tym jestem dzis (sobota) w szkole, zeby nadrobic zaleglosci. Specjalnie dla Was. Kochani. Moi.
Zdecydowalismy sie na Cameron Highlands, czyli najwyzsze gory w M. Zaczelo sie calkiem niewinnie, tzn, kreta droga pod gore, po boku przepasc, taki typowy obrazek z filmu akcji z poscigiem. Pod gore bylo
bezpiecznie, bo po stronie skaly, gorzej w dol. Ale to pozniej. Jest zdjecie drogi z natura w sasiedztwie. Pieknie. Niestety driver nie moze sie
rozgladac, bo grozi to smiercia. Na pierwszy oddech doswiadczylismy czystego powietrza, dokladnie takiego, jakim oddychacie na codzien w Wawie. Z tym, ze dla nas, to bylo doznanie nieziemskie, gdyz na nizinie, gdzie mamy przyjemnosc mieszkac, nie mamy Ci tego. Wiec klima zostala wylaczona i przez otwarte okna delektujemy sie freszerem. A za tymze otwartym oknem wzgorza plantacji herbaty. Jest dowod, za duza choinka. Tak, zeby bylo ladniej, czy jak. Potem jest przyjemny hotel i ja w swetrze, bo rzesko sie zrobilo na wieczor-niesamowita pogoda jak na Malezje. Nastepnego dnia decyzja-idziemy w dzungle. Wiec znajac Malezyjczykow jako ludzi nie lubiacych wyzwan i przygod wybralismy trase najtrudniejsza (w przewodniku lokalnym) i kita. Zdziwilismy sie jednak, gdyz trasa okazala sie okupowana przez bialych turystow i dla nich tez oznakowana. Totez jak widac na obrazku trzeba bylo sie troszku wspinac i ryzykowac zycie czasami, oczywiscie.
Trzeba wspomniec, ze C.H. sa jedynym miejscem w kraju, gdzie uprawia sie truskawki, wies mozecie sie domyslic jaka
popularnoscia ciesza sie tutejsze plantacje takowych. Sikalismy ze smiechu, jak sobie krajowi turysci robili fotki z soczystymi owocami!! Ale na truskawkowy deser 'truskawki z bita smietana' poszlismy... Sa tez farmy motyli tropikalnych i innych oblesnych stworzen dla takich jak my. Mamy troszke zdjec, ale oszczedze Wam i sle tylko dwa na dowod. (Czy wszyscy faceci excytuja sie oblesnymi stworzeniami i robia im tysiace zdjec?) Nastepnego dnia z ranca i ostatniego zarazem (przed nastepna przygoda!!) skusilismy sie podejsc blizej do tych oslawionych na caly kraj plantacji herby i oto picture. Herbata z daleka i z calkiem bliska!! To sa takie labirynty i zdjecia tego nie oddaja, ale wygladaja jak dywany z filcu z takimi wygniecionymi labiryntami. Czy to sie da wyobrazic? Nabylismy kilka kartonikow, bo w naszym lokalnym supermarkecie 'STORE' tego nie znajdziesz. I tym optymistycznym akcentem zakonczylismy przygode w gorach. Bardzo nam sie podobalo, choc nie ma tam typowej gorskiej atmnosfery, ze sie lazi i mowi 'czesc' i sie meczy i sa schroniska itd. Ale jest za to rzeskie powietrze i to sie dla nas najbardziej liczylo. Tam i wtedy.
O nastepnej przygodzie w nastepnym odcinku.
Ide do domu, bo dzieciak glodny.

Calusy & have a nice weekend!!




piątek, marca 10, 2006

nieobecnosc

Dzis piatek i w zwiazku z tym koncze zajecia wczesniej-12.50. Fajnie, nie?
A jutro-wyjazd! Tak, kochani, nastepny wyjazd. Nie zebym narzekala, ze pracy tak malo, ze ciagle wyjazdy, ze studenci czekaja, etc., ale swoja droga to bardzo czesto maja te przerwy.
Plan jest, zeby wsiasc w samochod i jechac. (Od czegos trzeba zaczac.) I kazdy dzien gdzies indziej spedzic. Oczywiscie mamy przewodnik, zajrzy sie i sie wybierze jakies interesujace spociki, typu dzungla, tarasy ryzowe czy plantacje herby. Taaaaa.
Tak wiec nie bede pisac przez tydzien-don't panic! Ten tydzien jest Waszym tygodniem-zaskoczcie mnie!
Ciao!

czwartek, marca 09, 2006

widoczki z Langkawi

Dzieki za zyczenia w imieniu wszystkich kobiet i matek.
Ale Peciek, swoja droga, to ma dobrze oko, ze trzy paski przylukal. Wow. Tu nie ma podrobek-wszystko idzie prosto z fabryki za polowe ceny. Taki kraj!
Wczoraj mnie wyrzucili z labu komputerowego (no bo kto siedzi od 08.00 do 17.40 w szkole? Jakas Polka..... Nienormalna, czy ambitna?), wiec nie przeslalam fotosow z wycieczki (osobistej,
oczywiscie!). Tak wiec, prosze bardzo. Pierwsza seria z widokow witajacych przybyszow na wyspie.

Najpierw dziesiatki malych wysepek, takich jak za Stifkiem, a potem port z bardzo snobistycznym yacht clubem i milionerami w barze. Nie zrobilam im zdjecia, zeby sie nie domyslili, ze im zazdroszcze.

I widoczek z besenu, na horyzont i playe. Raj taki maly....

Jednego dnia wybralismy sie do miasteczka, zeby nie byc takimi kompletnymi leniwcami i oto dowody. Tu motory, ktore sa wszedzie. Jest ich wiecej niz samochodow. W kazdym razie takie jest wrazenie. Wciskaja sie wszedzie, pomiedzy samochody, ludzi. Mialam taka ochote na poczatku sobie nabyc takowy, ale po doswiadczeniu prawa dzungli odpuscialam.

I jest tez fishing port, smierdzacy, ale za to jaki oryginalny. Super maja te ogromne kutry. Mamy obiecane, ze kolega kolegi nas wezmie ze soba na takie polawianie. Mowi, ze lowi tu 5-8 kilkogramowe makrele. Niestety ich nie wedza. Nawet nie wiedza co to slowo znaczy, jak to sie robi, itd. A ja jestem wyrozumiala-poczekam do zimy. No i slynny mosque, oczywiscie nie ten konkretny, ale mowie slynny, bo ich tu jak mrowek.

Nie obyloby sie bez kiczowatego zachodu slonca. Sama robilam zdjecie - bravo. Mozeby sie tak zajac produkcje kartek pocztowych......

Pozdrawiam.

środa, marca 08, 2006

wszystkie kobiety swiata-laczcie sie

To oczywiscie z okazji Dnia Kobiet. Nie odstalam jeszcze zyczen, ale dzien mlody, dopiero 17.27, jestem cierpliwa.......
Calusy dla wszystkich krolewien!!!
Teresa.

nagrody i inne


No wiec kompletnie nieoczekiwanie konkurs wygral Pawian. Bravo!!! Gratuluje. Jako nagrode zasylam zdjecie z wycieczki. Kolega zaraz powie 'Chwileczke, ale dlaczego moja nagrode maja ogladac wszyscy?!' i bedzie mial racje, ale po co sie tak od razu burzyc. Jedno zdjecie nie bedzie pokazane publicznie a przeslane na prywatne konto zwyciezcy, cha!
Wybralam laske z warunkami, chociaz takimi juz blisko 3-miesiecznymi... Enjoy!!