druga czesc wyprawy
Po kilku dniach w gorach postanowilismy sie odswierzyc jeszcze bardziej. Dla odmiany w wodzie. Czyli stara bajka-wyspa. Ale juz nie Langkawii, o nie. Rzucilo nas na wschodnie wybrzeze, a jak zapewne wszyscy juz wiedza (miedzy innymi z konkursu z lutego) L. sasiaduje z naszym stanem, czyli miesci sie na wybrzezu przeciwleglym.
Tym razem padlo na Pulau Parhentian, czyli Wyspe Parhentian, czyli raj dla snorklingowcow. Nie wiem jak przetlumaczyc 'snorkling', wiec wybaczcie. Ja oczywiscie nie wzielam ze soba mojego niezawodnego zestawu do uprawiania tegoz sportu, wiec musialam sie slinic w jakas wypozyczona fajke. (Tak jak zwykle oczekuje komentarzy od moich wiernych czytelnikow, tak tutaj niekoniecznie. Dziekuje.) Ale zaczelo sie od podrozy autostrada o wdziecznej nazwie Blue Valley, czyli 3 pasmowej drodze rzece, wijacej sie posrod olbrzymich skal, miedzy ktorymi rozposcieraly sie glebiny dzungli. Taki troche przerazajacy widok swoim rozmiarem i surowoscia, ale czad. I tak ze 2 godziny, a potem przedzierajac sie przez straszne drogi i drozki wsi malezyjskich do wybrzeza, w taksowke wodna, ktora dystans, ktory przemierza prom od nas do L. w 50 minut, 'przeleciala' w 15. A kierowca gadal przez komore i patrzyl sie w bok i w ogole sobie nic z tego nie robil, ze wszyscy podskakiwali na falach i walili tylkami w drewniane siedzenia (bez poduszek!) i mogli zwymiotowac i powypadac w ogole. Ja nie wiem.....
Ale wdzieczna mu bylam, jak nas przytransportowal do pieknej malej zatoczki z czterema tylko resortami, ktore sie tylko tak chucznie nazywaja, ale sa po prostu szaletami. I tu sugeruje konkurs, bo slowo 'szalet' nie jest tym, czym sie wszystkim wydaje. Ha! No i, oczywiscie jak to zwykle bywa z konkursami, nie wiadomo kto wygra i bedzie to dla wszystkich wielka nieoczekiwana!! (Dawaj Peciek!!)
Ale, do adremu, jak to podobno mowiono na zebraniach partyjnych w PRL-u. Jestesmy na wyspie, ktora jest cala porosnieta dzungla. Wiec czesc uzytkowa, to tylko wybrzeze, czyli ta zatoczka. Pracownicy resortow dojezdzaja codziennie z ladu. Taksowka. Wodna. W dzungli jest jedna trasa, ale to zadna trasa. Dla nas, w kazdym razie. Wiec sie siedzi na plazy, w restauracji w glownym lobby (wszystko otwarte, nie ma scian-cool!) i sie snorklinguje. Po prostu. Pierwszego dnia, jak te glupie turysty, wzielismy cos po tajemnicza 'snorkling tour'. Ryzyk-fizyk. No i jednak okazal sie ten pierwszy, bo chlopaki zabrali nas gdzies w huk na otwarte morze (the South China Sea - tu jestesmy), gdzie sa niby ladne rafy koralowe i rybki, ale zapomnieli pletw i kazali zalozyc kapoki. 'Dzizus, przeciez tak, to my sie nigdy nie dogadamy. Snorkling bez pletw i w kapoku? A slyszales kiedys o nurkowaniu?', my do niego, a on sorry, Madam, sorry, Sir, ale takie mamy wytyczne od hotelu. No wiec czas stracony, ale mielismy chociaz nauczke, zeby nie byc turystami juz NIGDY wiecej.
Next day, wypozyczylismy pelny ekwipunek, kajak i kita na snorkling!! Bylo super. Tylko ja i MMZ. Zapodalismy dookola wyspy, znalezlismy zaciszna zatoczke, taka na dwa, no moze trzy kajaki i sie tam umoscilismy. Szybki relax i do wody. Jakby sie ktos wybieral, to trzeba miec koszulke i szorty na sobie, bo slonce na maxa pali jak sie jest tuz pod woda. (Ale za to teraz mamy nowa skorke na pleckach i tyleczkach.)
Widoki- niesamowite!! Ryby takie oceaniczne na maxa. Nie mam zdjec rybek, bo nie mam takiego hi-tech sprzetu, ale sa w kazdym super albumie o rybkach tropikalnych, jestem pewna. Takie mieniace sie w kolorach teczy i cale zgraje malych zoltych w czarne paski (Czujecie klimat, nie? Nemo!!), ktore bardzo chcialy plynac z nami, wiec one niby prowadzily, ale jak sie zwrocilismy w innym kierunku, to one za nami. Niezla przygoda!! I takie byly, jak karp, tylko boczne pletwy mialy do gory, a nie w bok i czerwone. Te pletwy, a cala ryba szara. Ladne. No i rafy koralowe porosniete miniaturowymi kwiatuszkami w bardzo intensywnych kolorach, jak niebieski, zolty i czerwony i jak sie chcialo dotknac, to sie natychmiast zamykaly i udawaly, ze sa szara rafa, czyli kameleony, czy jak... A i uwaga na te rafy, bo wygladaja, jak wszyscy wiedza, jak miekkie rosliny, albo gabki czasami, a sa piekielnie ostro zakonczonymi skalami! Poranilam sie, ze cha! I nie wiedzialam, ze sa takie wysokie. Jak sie plynie to sie je widzi z gory, rzecz jasna, ale widac, ze pomiedzy nimi sa takie przepascie glebin, wiec one moga miec tak ze dwa pietra wysokosci nawet. Fajny taki 3D wymiar.
Jak wrocilismy, pan nam pokazal taka ksiazeczke o miejscowych rybkach i my jak dzieci podniecone sobie te rybki, co je spotkalismy w naszej powodnej przygodzie, pokazywalismy. Patetyczne, naprawde.
No i tak nam czas nieublaganie, ale fantastycznie plynal. Moglismy wracac w niedziele, bo po co wczesniej, ale nie. MMZ musial sie przygotowac do poniedzialku, wiec czar podwodnej przygody musial prysnac dzien wczesniej. Ale cztery dni, to jest akurat, bo raczej trudno byloby tam wytrzymac dluzej, mysle. Ile mozna siedziec w wodzie i zatoczce.
Droga powrotna tez byla niezla, bo trzeba bylo wjechac serpentynami na gore, juz nie tak stromo i przerazajaco jak w Cameron Highlands, ale zawsze. Dla dziewczyny z nizin (ja), to zawsze cos.
Nie mam za soba zdjec. Przyniose jutro, to i przesle. Pzdr.

2 Comments:
ech.
bajka. Pewnie uśmiech Wam ze szczęśliwych gęb nie schodzi...
i pewnie tak wygląda raj, cały czas nie można wyjść z podziwu.
Zazdroszczę przede wszystkim słońca a później długa lista...
a do nas wiosna przyszła! to się czuje naprawdę!
to też niewiarygodne.
Moje Ono też wciąż nienażarte a brzuch coraz bardziej okazały.
Wracaj Stary to będziemy razem bawić!
całuję,
g.
Konkurs wydaje sie trudny, więc proszę o więcej czasu...
Czy moge liczyc na podpowiedz? Bo i tak mi sie na razie wszystko kojarzy z produktem ubocznym przemiany materii
Prześlij komentarz
<< Home