martainmalaysia

martainmalaysia to dwa lata mojego cennego zycia w kraju-raju. wszystkich zainteresowanych zapraszam-na blog i do malezjii!!

czwartek, kwietnia 27, 2006

absencja

Chcialam poinformowac, ze wyjezdzam. Dzisiaj i wracam w poniedzialek. Niezla przygoda. Jedziemy na English-In-Camp, co znaczy tyle, ze dziesiejsze popoludnie i caly jutrzejszy dzien spedzimy w podrozy malezyjskim autokarem (!) przemieszczajac sie na samo poludnie kraju do miasteczka pt. Mersing. Lezy ci ono na wschodnim wybrzezu, wiec moze byc ladnie i turystycznie, co w tym kraju moze od razu nasunac skojarzenie (i nieskrywana nadzieje) dobrej kawy i innych atrakcji, ktorych ogolnie nie uraczysz, bo miejscowi nie maja takich 'wygorowanych' potrzeb. Tak wiec niezla przygoda przed nami.
Dzisiaj ladujemy w szkole w sasiednim stanie (ok. 150 km) i spimy w internacie (Ale bedzie fajnie, jak na wakacjach, na jakis koloniach, czy cos!! Tylko wodki nie bedzie....), a o swicie, a moze powinnam powiedziec w nocy (05.30), pobudka i kita na poludnie. W moim stanie to moze byc lekkie wyzwanie, ale czego sie nie robi dla edukacji malezyjskich studentow...
Jedyna atrakcja to, ze sie spotkamy z innymi nauczycielami z fundacji (takimi jak ja). A tam, gdzie dzis spimy jest moja najulubiensza kolezanka po fachu, Jacqui. Jest z Australii i zachowuje sie jakby miala 20 lat, chociaz ma pewnie jakies 30 wiecej.
Tak wiec, witaj przygodo, zegnaj Stifku! C u next week.

... z pamietnika mp

No to mnie troche Teresa z NYC pocieszyla. Powiem dzis mezowi, ze kreska kreska, a dziewczyna moze sie kroic jak malowana!! A moze mu nie mowic, bo sobie znow nadzieje zrobi, a potem 'kreska' przyjdzie na swiat. Przez zaskoczenie go wemze.
No i takie to rozmyslania i zadumania sie mp przezywa w Kangarze. Nie ma powazniejszych powodow, to sobie wynajdujemy takie przyziemne. Takie zycie...... Matki Polki...........
p.s. Zdjecie w stroju wieczorowym...... Ja nie mam takiego, ale moge cos zaimprowizowac. A w kapielowym bylo (patrz 08 marca br.). Dziekuje.

wtorek, kwietnia 25, 2006

suche ryby


Chcialam takie ladne zdjecie poslac. Odbylismy kiedys wycieczke rozpoznawcza w terenie i wyszlo z tego takie zdjecie suszonych ryb. Tutaj sie nie wedzi, nie przechowuje w lodowach, czy jeszcze czym tam, tylko suszy. Wyglada pieknie, gorzej pachnie.... Na lozkach polowych, panie i panowie rozkladaja rybki, mniejsze i wieksze. Prosto z polowu musza byc. Wydlubuja im wnetrznosci przekrawajac na pol i rozkladaja na polowkach.
Takie ususzone rybki uzywane sa powszechnie do smazonych dan chinskich typu 'nasi goreng', czyli ryz smazony z warzywami, i wlasnie suchimi ribami. Nie dobre to, ale nie mozna zjesc dania inaczej, bo to wchodzi w pakiet i umarl w butach.
Ale jest na nich sposob. Mozna zamowic ryz smazony z krewetkami i wtedy juz suchich rib nie podadza. Albo albo. Nie ma dobrze.
To tyle o miejscowych przysmakach. Co u Was?

...z pamietnika Matki Polki

Matka Polka przezyla lekki wstrzas, a raczej jej Dissapointed Father dowiedziawszy sie, ze kreska miedzy udami wyczekiwanego dzieciatka jest niczym innym jak penisem. Nie ma sie co oszukiwac, nie bedzie to wymazona ksiezniczka tatusia, ktora bedzie rozpieszczal do bolu, obsypywal prezentami itd.
Na szczescie serce mu bije regularnie, glowa rosnie prawidlowo, a placenta ma standardowa grubosc. Czyli, chyba wiecie o co chodzi. Nie musze sie tutaj w szczegoly zaglebiac.
MP ma rowniez schizy, ze jej dzidziulkowi cos sie stanie w trakcie tego pobytu w brzuchu. Olga-lekarka zapewnia, ze to normalne objawy, wiec schizuje dalej.
Jezeli chodzi o posture MP, to sie bardzo zmienila, chociaz waga posunela sie tylko o 2 kilo. (A to juz poczatek 5 miesiaca!!) Niestety Dissapointed Father nie zrobil fotki, wiec nie ma czego pokazac. Tzn. zrobil, ale takie, ktorego sie na blogu nie pokazuje, wiec......
Moze da sie przekonac na tego chlopczyka (, bo na razie, to ma nosic sukienki i nazywac sie po damsku.), to beda fotki.
A chlopak sie juz rusza. I przy kazdym jak dotad usg zaklada noga na noge (prawa na lewa) i ssie palucha.
Jak on ta kreske przylukal, zielonego pojecia nie mam. Ja nic nie widzialam, wiec trzeba zaufac, czy jak.
To by bylo na tyle, jak mawia krajowy satyryk.
mp

poniedziałek, kwietnia 17, 2006

wstyd

Tak, jest mi wstyd, bo kompletnie Wam nie pozyczylam Happy Easter. Jakos nie ma tu sprzyjajacego klimatu i my wylecialo.... A zatem, wesolych Swiat Wielkanocnych!!!! Duzych jaj przede wszystkim (to dla moich stalych, ale cichych czytelniczek) i kurczakow na peta (czytaj: chicks, czyli dla plci odmiennej od mojej). Na razie ci nie hetero sie nie odzywaja, wiec konkretniejszych zyczen nie bedzie.
Jak bylo? Zajac cos przyniosl w prezencie? Nie, nie znacie tradycji z okolic Poznania? Zajac grzecznym dzieciom przynosi na Wielkanoc prezenty. Niby tacy skapi, a sie prezentami przy byle okazji obdarzaja. No wiec ja znam, bo mialam przyjemnosc sie blizej znac z kolega z rodzicami z poznanskiego i dostawalam prezenty. To bylo mile.
A teraz przyszlo mi w Malezji spedzac te rodzinne dni. Wiec zapodalam zurek (z proszku od Mamy z paczki) z jajem i ziemniakami. Ale byla wyzera!! I jak sie rozpedzilam to i kurczak byl i kalafior i ziemniaczki. Palce lizac. Nie codziennie sie takie przysmaki tu jada...... Towarzyszyly nam dwa kurczaki z Polski. Stoja na stole i wygladaja od czapy na tle palm za oknami!! Istny kiermasz.
Peciek uprasza o serial dla Matek Polek. Przeciez tego nikt by nie czytal. Rozumiem, ze w telewizorze koncza nadawac tasiemce i wyciskacze lez przed Twoim powrotem z pracy. I jestes niewyzyty. Postaram sie cos wykrzesac.
Na razie sle zdjecie z lokalnej rozglosni radiowej, w ktorej raz na miesiac produkujemy sie ze Stifkiem jak mozemy najlepiej przez cale 30 minut. I to po angielsku. Najgorsze, ze rozmawiac trzeba z dziecmi, czyli o niczym. Tragedia. Na zdjeciu: pani w chuscie posuwa suwakami, pan z lewej jest MC, a obok techniczny, cokolwiek to znaczy. Niezla przygoda.

środa, kwietnia 12, 2006

faworyt


Dzis zrobilam wreszcie zdjecie mojego faworyta. Ma on ci juz 13 lat i na imie Ashraf. Jest cudny, slodki itd, ale co najwazniejsze jest najbystrzejszy z calej 28-osobowej klasy. Nie faworyzuje go. Wrecz przeciwnie. Kazdy pomysl, ktory ma na jakis projekt czy inne cudo przypinam calej klasie jako zasluge, etc. No wiec kiedys musial nastac moment uznania. Dzis go przydybalam na korytarzu po 16.15, kiedy wszystkie grzeczne dzieci poszly juz do internatu i zrobilam mu zdjecie. No i dowiedzialam sie wrescie jak ma na imie. Bo przeciez nie sposob zapamietac te 600 imion i to jeszcze kompletnie innej narodowosci.
Bedzie o nim tez w szkolnej gazetce, ze taki pomyslowy i sie nie wstydzi swoich pomyslow i zawsze sie udziela itd. To brzmi rutynowo, ale tutaj dzieciaki sa zupelnie inne niz u nas. Jak zadasz pytanie typu 'macie jakies propozycje, pomysly, co wam sie podoba i dlaczego nie', itd, to jest martwa cisza. Niestety. Oni sa uczeni w systemie: nauczyciel mowi im co maja zrobic i jak i ze to bedzie swietne i bedzie sie wszystkim podobac i im tez. I koniec. Zero rozmowy, negocjacji, wymiany zdan, etc. Tragedia. Najgorsze, ze te dzieciaki staja sie pozniej doroslymi, ktorzy nie wyjezdzaja nigdy za granice, bo im nauczyciele powiedzieli jeszcze w szkole, ze Malezja jest the best. I przepadlo. Wiec nie maja innych wzorcow. A Steve to tez sie ma z nauczycielami, ktorzy kompletnie nie biora udzialu w jego warsztatach i wykladach, bo nie potrafia. Wielkim jego sukcesem jest jak od czasu do czasu ktos podniesie reke (!) i cos tam burknie. Oh, Mamma!
A wiec Ashraf jest niezwykly i nie przesadzam tutaj ani-ani.
Przesle zdjecie jego projektu jak bedzie skonczony.

dla odmiany-langkawi

A w ostatni weekend pojechalismy dla odmiany na wyspe Langkawi. No nie moja to jest wina, ze mamy rzut beretem, a wyspa niczego, nooooo....
A wiec, rozpuscilismy sie na maxa, drogi hotel na jednej z najpiekniejszych plazy wyspy, Pantai Cenang. Plaza, jak w na polskim wybrzezu, ale poniewaz tu to jest wyspa, to nie ma ladnych i szerokich plaz, bo woda podmywa i zabiera. Cholera jedna, no.
Ale plaza to nie wszystko. Sa jeszcze wyspy, ktore okalaja te plaze i chronia jednoczesnie przed podmywaniem (!). Widok super! Mozna wziac kajak i sobie tam poplynac i posnorklowac.
Ale tym razem postanowilismy zostac na ladzie. Wypozyczylismy scooter (Kocham jezdzic na skuterze.) i wglab wyspy, cheja! Odkrylismy port Marina, gdzie milionerzy trzymaja swoje jachciki-cacka (katamarany-cacka bardzo popularne!) i w zwiazku z tym italianski i hiszpanski i kubanski milioner-wielbiciel dobrej kuchni, zalozyli restauracyjki ze swoim narodowym zarciem.
Tym razem padlo na italianska, gdzie wszamalismy panna cotte i Lavazze. Oto dowod.
Nastepnie siedzielismy tam i nie chcielismy juz nic zobaczyc, bo bylo tak pieknie. Porcik jak w jakiejs wlasnie Italii. Malutki i dlatego najpiekniejszy. Ach.....
No, ale zew podroznika nie pozwolil nam sie za bardzo zrelaksowac (Ten cholerny zew, hej?) i ruszylismy w smiertelnie niebezpieczna podroz na kabel. (W drodze powrotnej wrocilismy do italianskiej restauracyjki na dinner i bylo bardzo romantycznie i smacznie!!)To slowo jest nam bliskie, aczkolwiek nie widzac tegoz przedmiotu trudno sie domyslic. Wiec tym razem nie bedzie konkursu i wyjasnie.















Kabel jest nie mniej-nie wiecej tylko kolejka wagonikowa!! Wiedzie na najwyzszy szczyt na wyspie (ponad 700 meters) i przy dobrej widocznosci widac wiele. My mielismy to szczescie widziec wiele i oto co zobaczylismy. Byc na gorze i ogladac widoki to kazdy moze, ale wjechac to jest dopiero sztuka. Cala konstrukcja jest szwajcarska, wiec chyba wiedza, co robia, ale mimo to trzeslam sie na maxa. Jak sie ma snieg pod soba to tak nie widac wysokosci, mysle, a tu widzisz dzungle gesta i straszna, jakbys spadl(a), to po Tobie. I nie zeslizgniesz sie po sniegu, ani nic. Koszmar. A ze ja jestem dobra w wyobrazaniu sobie takich koszmarnych sytuacji, to bylo niezle.
Potem na trzesacych sie nogach wsiedlismy na nasz fantastyczny (czerwony!) skuter i dalej w glab. Niestety nie bylo juz takich pieknych miejsc i przerazajacych wysokosci i zapierajacych... widokow. Ale za to jazda byla super. Udalismy sie trasa wzdluz, wedlug mapy, turystycznie interesujacych miejsc. Ale to bylo dno bez dna, typu centrum lokalnych wyrobow rzemieslniczych z fabrycznie wyprodukowanymi koszykami, torebeczkami itd. Fakt, ze z malezyjskiej slomy czy co to bylo, ale widac, ze nie recznie, to
co za radocha? Potem wodospad, w ktory polozyli takie oblesne czarne gumowe rury, zeby doprowadzaly wode w dol. I popsuli tym caly widok. Nie wspominam juz o miejscach, ktorych nie widzielismy z tego wzgledu, ze ich nie bylo tam, gdzie powinny byc.
Na nastepny raz zostawilismy farme krokodyli no i slynne island hopping, czyli na lodeczke i po wyspach objazd! Moze to nie takie atrakcyjne, ale jedyny sposob, zeby zobaczyc inne wyspy i posnorklowac na roznych terenach. Jest taka jedna, sie nazywa Wyspa Ciezarnej Panny, ktora ma jezioro w srodku. Niezly widok i wrazenie musi byc. I tam sa rozne water activities, jak to ladnie okreslaja w miejscowych folderach, co moze oznaczac wiele. Ja sie w kazdym razie nie nastawiam na to wiele. Ewentualnie jakis rower wodny. Szczyt marzen.
Ale to next time. I nie bedzie to napewno w przyszly weeekend, bo bedziemy malowac drzwi i nie w jeszcze nastepny, bo jedziemy na wizyte do dr Kang i nie w nastepny, bo ja jade do Mersing, miasta na poludniowo-wschodnim wybrzezu na imprezke pt. Camp in English na 4 dni. A potem to juz maj, wiec w drugim tygodniu konferencja na Penang przez tydzien. I tam napewno weeekend, zeby do kina pojsc, shopping uskutecznic i sie rozpuscic w jakiejs super restauracji. Steve mnie zaprasza do restauracji w hotelu, gdzie jezdzili z rodziczmi na wakacje jak mieszkali w Singapurze. Ze najbardziej wytworne i tradycyjne miejsce na calej wyspie. No to pojde. Langkawi musi poczekac.....
Ale, nie uprzedzajmy faktow. To wszystko przed nami. Na razie mamy na glowie sprawy przyziemne, czyli, na przyklad, kota sasiadow, ktory zawsze jak leje deszcz przychodzi i sra pod naszymi drzwiami. Fakt, ze jest tam zadaszenie i w ogole przyjemne miejsce, ale kazdy dom taki sam, jak z obrazka. Dlaczego padlo na nas? MMZ probowal juz wszystkiego: najpierw nasmarowal te kafle plynem do kibla, ze niby koty nie cierpia-zesral sie w samiutkim centrum. Wczoraj kupilismy mate, taka ostra, plastikowa, co udaje trawe i polalismy ja plynem do dezynfekcji, ze niby kot w zyciu nie wejdzie na taka mate i do tego ten zapach. Dzis rano-kupa. Zeby jeszcze zwarta byla, ale za kazdym razem taka sraka paskudna. POMOCY!!!!!!! Zaczal sie sezon monsunowy, co oznacza, ze leje codziennie. A wczoraj, chyba z okazji urodzin Mahometa, lalo cala noc i dzien i noc. A dzis nie ma slonca i pochmurnie, wiec bedziemy miec nastepna kupe. Dziekuje bardzo budzic sie co rano i czuc to paskudztwo w calym domu. Co robic? Przeciez nie ukatrupie kota w muzulmanskim kraju!!

tajemnicza gosia-teresa

Czy tajemnicza Gosia-Teresa, to ta z NYC? Czy ma bloga tez? Bo takie sie w komentsach pojawilo podkreslenie i kolor, ze wyglada, ze tez ma tu bloga. Ciekawe.

poniedziałek, kwietnia 10, 2006

parhentian islands

Dzieki tajemniczej Gosi-Teresie mozemy na nowo pogadac. Mam nadzieje.
Co do przygody na wyspie Parhentian, to zapodaje fotki.
Oto Stiwek, jako prawdziwy turysta z walizka przybywajacy na tropikalna wyspe. Prawda, ze patetyczne? Jakis plecak, czy torba w hawajskich kolorach by sie przydala, a nie walizeczka na koleczkach. Taaaa......











Potem jest widok z malusienkiej zatoczki, tylko dla nas, na ktora sobie poplynelismy kajakiem posnorklowac (?). A widok jest na zatoczke, gdzie byly chalety, czyli, gdzie mieszkalismy. Widac tylko jeden dach, to pewnie nasz. Tak dobrze ukryty ten resorcik byl w dzungli, ze cha! No i
rzucik na ta 'nasza' zatoczke, co byscie troszke pozazdroscili, albo, jak Pavian mial w zamiarze, rzucili jako fototapete i wkurzyli wspolpracownikow na maxa. Wybor nalezy do Ciebie!
To zdjecie supermena musialam zapodac, mimo, ze byc moze nie zrobi wrazenia na moich najwierniejszych czytelnikach (czyt.: facetach), ale to w koncu moj blog i sobie moge wklejac co chce! Jak nie jak tak.

środa, kwietnia 05, 2006

nie ma popytu, nie ma zdjec...


Bravo Olga.
Tak, to byla typowa chata goralska, gdzie spedzilismy urocze i romantyczne dni na tropikalnej wyspie Parhentian. Nagroda jest zdjecie szczesliwej kobiety z wyspy na palmie (czytaj: na tle palmy - zargon filmowy).
Dla pozostalych - nic. Kontynuujac dzisiejszy tytul, minimum 10 komentarzy, inaczej, nie zobaczycie i nie uslyszycie juz nic o mnie nigdy wiecej.

poniedziałek, kwietnia 03, 2006

weekend

Tak, to juz potwierdzone, Kasia Nowaczyk, kolezanka z wojska, urodzila syna. Drugie dziecko w tej rodzinie. Nie ma jeszcze imienia i nic mi nie wiadomo o Bartku. Bylo to 23 marca. Nastepna wazna data do zapamietania.
Prawdopodobnie nie powinnam sie dzisiaj odzywac publicznie, bo nie przynioslam zdjec. Tym razem zapomnialam ich wziac z domu. Sorki.
Jak weekend Szanownych Panstwa? Widzialam fotki niektorych, to juz sniegu nie widac i trawa przebija. Gratuluje wiosny!! Moze i wiecej komentarzy bede dostawac i takich bardziej radosniejszych i optymistycznych! My wyjatkowo spokojnie. W sobote pojechalismy na granice tajlandzka do miasteczka Pedang Besar, ktore jest strefa bezclowa. Po kupnie wina, czekolady i papierosow okazalo sie jednak, ze nie mozemy ich kupic, bo nie jedziemy do Tajlandii. Wiec zwrot. I jeszcze nasz oszukali na jakies 10 zeta, bo sie bardzo inteligentna kasjerka pomylila sie za pierwszym razem i nie chcialo jej jakos wyjsc tak samo przy zwrocie. Wkurzylismy sie nielicho. Podla dziura, juz nigdy wiecej tam nie pojade!! Zreszta nie ma po co, jak nie mozna zakupow zrobic.
A niedziela przebiegla pod znakiem wycieczki krajoznawczej samochodem wzdluz wybrzeza. Gorac byl taki, ze byla to jedyna opcja-zwiedzanie przez okno. Zaczelismy przy granicy tajlandzkiej i kita na poludnie. Jest taka drozyna, choc asfaltowa, przy samej wodzie-git! Ale przez cala droge zero plazy. Chociaz nie. Jest kawalek piasku, ale trudno to nazwac plaza, bo drzewa na niej gesto rosna. I brud na maxa. Nie ma tu tradycji i potrzeby plazy i na niej relaxu. Szkoda. Wczoraj trafilismy dodatkowo na przyplyw, wiec w ogole malo tego wybrzeza bylo. Ale jadac tak i podziwiajac Langkawi na horyzoncie, slonce odbijajace sie w wodzie i rybakow na polowie spostrzeglismy nagle cos na ksztalt restauracyjki? Przystanelismy-tak! Sea Food Restaurant! Na palach wychodzaca w morze! Super!! Tylko, ze w dzien zamknieta. Tutaj takie miejsca dziela sie na dzienne i wieczorne. Ta byla z tego drugiego rodzaju, wiec planujemy sobie pewnego wieczora tam zapodac obiadek. Ale musze Wam powiedziec, ze te wszytkie wioski, co po drodze mijalismy, to taka bieda, brud, zacofanie. Nie, zebym miala cos na przeciwko wsi, kocham polska mazurska, na przyklad, wies i tez, na przyklad, moja kochana Karwice i jeziora i lodki i..., ale tu jest po prostu oblesnie. Moze to przez ten upal, tak to wszystko zle wyglada i smierdzi. Ale mysle, ze jak sie chce, to mozna miec czyste i schludne gospodarstwo, nie? W kazdym razie niedziela byla udana pod wzgledem krajoznawczym, gastronomicznym, jak rowniez utwierdzajacym mnie jak bardzo tesknie za domem, znaczy Polska.
Sentymentalnie na maxa.
Jednak najblizsi nie dadza mi tu uschnac z tesknoty-cztery wizyty sa planowane przez naszych przyjaciol i mame-maj, sierpien, wrzesien i przyszly rok. Bardzo fajnie. Zachecam innych-wszyscy bardzo mile widziani i goszczeni i oprowadzani.
To na razie.