
A w ostatni weekend pojechalismy dla odmiany na wyspe Langkawi. No nie moja to jest wina, ze mamy rzut beretem, a wyspa niczego, nooooo....
A wiec, rozpuscilismy sie na maxa, drogi hotel na jednej z najpiekniejszych plazy wyspy, Pantai Cenang. Plaza, jak w na polskim wybrzezu, ale poniewaz tu to jest wyspa, to nie ma ladnych i szerokich plaz, bo woda podmywa i zabiera. Cholera jedna, no.
Ale plaza to nie wszystko. Sa jeszcze wyspy, ktore okalaja te plaze i chronia jednoczesnie przed podmywaniem (!). Widok super! Mozna wziac kajak i sobie tam poplynac i posnorklowac.
Ale tym razem postanowilismy zostac na ladzie. Wypozyczylismy scooter (Kocham jezdzic na skuterze.) i wglab wyspy, cheja! Odkrylismy port Marina,

gdzie milionerzy trzymaja swoje jachciki-cacka (katamarany-cacka bardzo popularne!) i w zwiazku z tym italianski i hiszpanski i kubanski milioner-wielbiciel dobrej kuchni, zalozyli restauracyjki ze swoim narodowym zarciem.
Tym razem padlo na italianska, gdzie wszamalismy panna cotte i Lavazze. Oto dowod.
Nastepnie siedzielismy tam i nie chcielismy juz nic zobaczyc, bo bylo tak pieknie. Porcik jak w jakiejs wlasnie Italii. Malutki i dlatego najpiekniejszy. Ach.....
No, ale zew podroznika nie pozwolil nam sie za bardzo zrelaksowac (Ten cholerny zew, hej?) i ruszylismy w smiertelnie niebezpieczna podroz na kabel. (W drodze powrotnej wrocilismy do italianskiej restauracyjki na dinner i bylo bardzo romantycznie i smacznie!!)To slowo jest nam bliskie, aczkolwiek nie widzac tegoz przedmiotu trudno sie domyslic. Wiec tym razem nie bedzie konkursu i wyjasnie.

Kabel jest nie mniej-nie wiecej tylko kolejka wagonikowa!! Wiedzie na najwyzszy szczyt na wyspie (ponad 700

meters) i przy dobrej widocznosci widac wiele. My mielismy to szczescie widziec wiele i oto co zobaczylismy. Byc na gorze i ogladac widoki to kazdy moze, ale wjechac to jest dopiero sztuka. Cala konstrukcja jest szwajcarska, wiec chyba wiedza, co robia, ale mimo to trzeslam sie na maxa. Jak sie ma snieg pod soba to tak nie widac wysokosci, mysle, a tu widzisz dzungle gesta i straszna, jakbys spadl(a), to po Tobie. I nie zeslizgniesz sie po sniegu, ani nic. Koszmar. A ze ja jestem dobra w wyobrazaniu sobie takich koszmarnych sytuacji, to bylo niezle.

Potem na trzesacych sie nogach wsiedlismy na nasz fantastyczny (czerwony!) skuter i dalej w glab. Niestety nie bylo juz takich pieknych miejsc i przerazajacych wysokosci i zapierajacych... widokow. Ale za to jazda byla super. Udalismy sie trasa wzdluz, wedlug mapy, turystycznie interesujacych miejsc. Ale to bylo dno bez dna, typu centrum lokalnych wyrobow rzemieslniczych z fabrycznie wyprodukowanymi koszykami, torebeczkami itd. Fakt, ze z malezyjskiej slomy czy co to bylo, ale widac, ze nie recznie, to
co za radocha? Potem wodospad, w ktory polozyli takie oblesne czarne gumowe rury, zeby doprowadzaly wode w dol. I popsuli tym caly widok. Nie wspominam juz o miejscach, ktorych nie widzielismy z tego wzgledu, ze ich nie bylo tam, gdzie powinny byc.
Na nastepny raz zostawilismy farme krokodyli no i slynne island hopping, czyli na lodeczke i po wyspach objazd! Moze to nie takie atrakcyjne, ale jedyny sposob, zeby zobaczyc inne wyspy i posnorklowac na roznych terenach. Jest taka jedna, sie nazywa Wyspa Ciezarnej Panny, ktora ma jezioro w srodku. Niezly widok i wrazenie musi byc. I tam sa rozne water activities, jak to ladnie okreslaja w miejscowych folderach, co moze oznaczac wiele. Ja sie w kazdym razie nie nastawiam na to wiele. Ewentualnie jakis rower wodny. Szczyt marzen.
Ale to next time. I nie bedzie to napewno w przyszly weeekend, bo bedziemy malowac drzwi i nie w jeszcze nastepny, bo jedziemy na wizyte do dr Kang i nie w nastepny, bo ja jade do Mersing, miasta na poludniowo-wschodnim wybrzezu na imprezke pt. Camp in English na 4 dni. A potem to juz maj, wiec w drugim tygodniu konferencja na Penang przez tydzien. I tam napewno weeekend, zeby do kina pojsc, shopping uskutecznic i sie rozpuscic w jakiejs super restauracji. Steve mnie zaprasza do restauracji w hotelu, gdzie jezdzili z rodziczmi na wakacje jak mieszkali w Singapurze. Ze najbardziej wytworne i tradycyjne miejsce na calej wyspie. No to pojde. Langkawi musi poczekac.....
Ale, nie uprzedzajmy faktow. To wszystko przed nami. Na razie mamy na glowie sprawy przyziemne, czyli, na przyklad, kota sasiadow, ktory zawsze jak leje deszcz przychodzi i sra pod naszymi drzwiami. Fakt, ze jest tam zadaszenie i w ogole przyjemne miejsce, ale kazdy dom taki sam, jak z obrazka. Dlaczego padlo na nas? MMZ probowal juz wszystkiego: najpierw nasmarowal te kafle plynem do kibla, ze niby koty nie cierpia-zesral sie w samiutkim centrum. Wczoraj kupilismy mate, taka ostra, plastikowa, co udaje trawe i polalismy ja plynem do dezynfekcji, ze niby kot w zyciu nie wejdzie na taka mate i do tego ten zapach. Dzis rano-kupa. Zeby jeszcze zwarta byla, ale za kazdym razem taka sraka paskudna. POMOCY!!!!!!! Zaczal sie sezon monsunowy, co oznacza, ze leje codziennie. A wczoraj, chyba z okazji urodzin Mahometa, lalo cala noc i dzien i noc. A dzis nie ma slonca i pochmurnie, wiec bedziemy miec nastepna kupe. Dziekuje bardzo budzic sie co rano i czuc to paskudztwo w calym domu. Co robic? Przeciez nie ukatrupie kota w muzulmanskim kraju!!