retrospekcja
Chcialabym sie dzisiaj cofnac w czasie i przeslac Wam kilka fotek w wizyty naszych Szanownych Gosci na przelomie maja i czerwca.Pierwszy etap wycieczki mial miejsce w KL (Kuala Lumpur), poniewaz odbieralismy SG z lotniska. Bylo to niewatpliwie niezla przygoda, gdyz pogoda tego dnia byla do bani, wiec sie
zgubilismy (co bez deszczu pewnie tez byloby
mozliwe, gdyz KL ma na maxa porabany uklad ulic - jednokierunkowe albo jakies dzikie objazdy kilometrowe) i jechalismy do hotelu pewnie ze 2 godziny. Ale jak widac na obrazku bylo warto - wypas na maxa, jak mowil nasz gosc, Janek. Jak
sie nie myle tego samego wieczora kapalismy sie
w basenie w tle w czasie deszczu. Ale bylo fajnie!! Taki malezyjski monsunek doswiadczyc w basenie to nie lada cos!Bylo tez i zwiedzanie miasta wiezowcow, swiatyn, sklotow, plaz szopingowych i innych. Drugi obrazek przedstawia Monie i Janka na tle Palacu Sultana, ktory teraz jest po czesci biblioteka. Probuja zachecic narod do czytania jak tylko sie da, a oni nic.
Byl tez zasluzony odpoczynek przy jednym z lokalnych browarow - TIGER! (-SIKACZ) po eksploracji bazaru chinskiego (jedno z najwazniejszych miejsc, gdzie kazdy turysta byc powinien!) w China Town z tylko oryginalnymi kopiami torebek Gucciego i innych, Rolexami, Adikami itd. Taki
warszawski stadion. Ale bylby wstyd jakby stadion byl
rekomendowany przez przewodnik po Warszawie.......Potem byl obowiazkowo Penang i przepiekna architektura chinska z czasow kolonii brytyjskiej. Na szczescie tamtejsze wladze nie skapia kasy i renowacja starych kamienic przebiega tam all the time i wszedzie. Jest tradycyjny dom chinski zwany 'blue mansion' (niebieska kamienica), bo w kolorze takim wlasnie jest i pokazuje jej front. Teraz jest muzeum samym w sobie. Bardzo ladny domeczek, sama bym taki chciala. Jest zabytkowa kamienica, w ktorej mieszkaja chinskie ludziska i sa pewnie bardzo szczesliwe. No i swiatynia buddyjska, ale to juz przerabialismy, wiec tylko maly pikczersik na smaczek.
Na koniec kilku dni tam spedzonych odbyl sie pyszny
obiadek w jednej z licznych restauracyjek indyjskich. Zdjecie

z jednym z wiekszych mi dotad znanych smakoszy wspomnianej kuchni przed budynkiem wspomnianej. (?)A po tym wysilku fizycznym kto zgadnie co robilismy? LANGKAWI, oczywiscie! Zawsze niezawodna wyspa-raj i tree-top chalets. To juz przerabialismy rowniez, wiec nie tlumacze, tylko zapodaje zdjatko. (Jakby ktos sie polasil na moj brzuch, to mozna sobie kliknac 2 razy - to instrukcja dla mojej mamy, na przyklad, nie dla Pawiana, ktory wie najlepiej - i sie powieksze!!) Szalety na samej plazy, wiec sklamie jak powiem, ze
morze bylo oddalone od miejsca zakwaterowania. To byl tak zwany 'rzut z szaletu'. Zapodaje tez zdjatko widoku z tegoz szaletu na Monia przez palme. Bardzo artystyczny ten moj maz, naprawde... Jak tak sobie odpoczywalismy, to przemyslelismy akcje, ze mozeby tak cos pozytecznego zrobic. Wiec zrodzil sie pomysl na wodospad. I to byl czad. A szczegolnie pozniejsza w nim kapiel. Nigdy tego wczesniej nie doswiadczylam, wiec mozecie sobie wyobrazic moje zdumienie jakie to przyjemne i odswiezajace zajecie. A jakie malo pozyteczne do tego!! No, ale odpoczynek sie nalezal tak czy inaczej. Na kamieniuchach rozgrzanych - bardzo przyjemnie. Mam takie skojarzenie z tym
zdjeciem, ze jestesmy takie dwie nimfy (w ciazy - no co, zycie plata figle nawet nimfom...). Ladne zdjecie - znow, moj maz, artist. 

0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home